PHOTO DIARY

 

Mam wrażenie, że czerwiec zawsze mija szybciej niż pozostałe miesiące. Ledwie zdążyłam nacieszyć się pierwszymi truskawkami, zapachem jaśminowca i długimi wieczorami, a już w kalendarzu pojawił się lipiec. A może to dlatego, że te ostatnie tygodnie były wyjątkowo intensywne? Było w tym wszystkim sporo żonglerki, aby dopiąć wszystkie ważne sprawy zanim nadejdzie upragniony urlop. Nie zawsze jednak udawało się wszystko tak jakbym chciała. Nie wszystkie sprawy udało się domknąć – musiały więc poczekać, ale pierwszy raz od dawna udało mi się w pełni wypocząć, a to przecież o to chodzi, prawda?

 

Czerwiec był prawdziwą mieszanką tego co lubię najbardziej. Było trochę pracy, trochę podróży po Polsce, rodzinnego czasu i wiele naprawdę pięknych chwil, które zostaną w mojej pamięci i rodzinnym albumie na długi czas – kilka udało mi się zebrać na zdjęciach w dzisiejszym wpisie. Zapraszam Was na kolejne Photo Diary.

 

THE LOOK: ŁEBA O ZACHODZIE SŁOŃCA

 

koszulka i jeansowa kurtka top & jeans jacket – H&M

spodnie // trousers – Mohito

klapki // flip flops – Decathlon

koszyk // basket bag – IBELIV

 

 

Polskie morze ma specjalne miejsce w moim sercu. Nie wiem, z czego wynika ten sentyment, ale ilekroć przychodzi do decyzji „gdzie jedziemy” mój mąż odpowiada „gdziekolwiek, gdzie jest ciepło”, a ja ze swoim niepoprawnym optymizmem przekonuję go, że przecież nad Bałtykiem też jest ciepło… ;).  Kiedy zarezerwowałam nam hotel, codziennie sprawdzałam prognozę z nadzieją, że jednak uda się zadowolić nas oboje – polskim morzem i hiszpańskimi upałami. Pech chciał, że im bliżej do wyjazdu, tym gorsza była prognoza… Na szczęście tylko na chwilę. Pierwsze dwa dni były chłodne, a później było idealnie! I cóż Wam mogę powiedzieć… dawno tak nie wypoczęłam!

 

Pierwszy raz obraliśmy inny kierunek niż dotychczas. Jak pamiętacie z ubiegłych lat, najczęściej wybieraliśmy okolice Trójmiasta / Półwyspu Helskiego. Tym razem jednak pojechaliśmy do Łeby. W otoczeniu lasu sosnowego, cudownych szerokich plaż i bez zasięgu (za wyjątkiem hotelowego wi-fi) – znacznie łatwiej było się „wyłączyć” i być po prostu tu i teraz. Ten dobrostan tak mocno mi wszedł, że jeszcze nigdy nie wróciłam z urlopu mając raptem kilka zdjęć nadających się do publikacji. Reszta trafi już tylko do rodzinnego albumu wraz ze wszystkimi cudownymi wspomnieniami, nowymi znajomościami (Ściskam Was Aniu ;* - widzimy się w Zieleńcu!) i opalenizną, której nie powstrzymał nawet filtr SPF 50 ;).  

 

Zostawiam Wam kilka kadrów z ostatniego zachodu słońca, kiedy to mój mąż pierwszy i zarazem ostatni raz chwycił za aparat. I zawsze zdumiewa mnie to, że chociaż jest tylko zwykłym amatorem fotografii, potrafi uchwycić mnie tak, jak nikt inny.

RZECZY, KTÓRE UMILAJĄ MI MAJOWĄ CODZIENNOŚĆ


Artykuł powstał przy współpracy z marką Newby Teas.

W ostatnim „Photo Diary” wspominałam o tym, że doglądanie ogródka to podobno ulubione hobby milenialsów. Jeżeli zaliczacie się do tej grupy, to zapewne zetknęłyście się już z rolkami typu poranna kawa w kapciuszkach w ogrodzie, na których ich autorzy sprawdzają, co zmieniło się przez noc. Dla jednych to absurd, dla innych rzeczywistość – same zgadnijcie, do której grupy się zaliczam! :)) A tak na poważnie (chociaż przecież od powagi na tym blogu raczej staram się stronić), im jestem starsza, tym bardziej łapię się na tym, że najwięcej dają mi zwykłe rzeczy. Doglądanie ogródka, radość z kwiatów, które udało mi się „wyhodować” na parapecie i które teraz mogę dumnie zasadzić w ogrodzie, czy wieczór z książką albo dobrym serialem.

 

Nadmiar obowiązków służbowych, zajęcia dodatkowe i wszystkie mniej przyjemne rzeczy do zrobienia sprawiają, że wieczorny obchód z wężem ogrodowym między donicami z warzywami i kwiatami działa na mnie wręcz terapeutycznie. Tak samo jak plewienie chwastów (widok odchwaszczonych grządek jest chyba największą nagrodą za poświęcony trud). I nie wiem, jak to możliwe, ale podlewanie i plewienie to jedyne czynności, podczas których naprawdę nie myślę o niczym innym. Szkoda tylko, że kiedy wieczorem kładę się spać, nie potrafię wyłączyć myślenia. Zamiast tego układam w głowie listy rzeczy do zrobienia, piszę w myślach wstęp do nowego artykułu albo analizuję, co jeszcze muszę kupić przed naszymi wakacjami…

 

Nie skupiajmy się jednak teraz na tym. Mamy maj – mój ukochany miesiąc. Pachnący bzem, pierwszymi piwoniami i wieczorami, które nagle robią się dłuższe. To właśnie te małe rzeczy zebrałam dla Was w tym artykule. Będzie domowo i spokojnie, więc zaparzcie sobie filiżankę herbaty (o tym też będzie) i zapraszam Was na chwilę tylko dla siebie :)

PHOTO DIARY


Wpis powstał przy współpracy z Newby Teas, Make Cooking EasierMarkslöjd oraz zawiera
promocję marki własnej - agencji kreatywnej Créama Studio.

Wiosna ma w sobie coś wyjątkowego, magicznego a zarazem tak bardzo ulotnego. Z dnia na dzień krajobraz za oknem robi się coraz piękniejszy, kwitnące na drzewach pąki sprawiają, że nawet zwykły spacer wygląda jak kadr z filmu, ale zarazem ich kruchość, delikatność i świadomość, że to piękno jest tylko chwilowe sprawia, że łatwiej mi zwolnić, zatrzymać się bez żalu i poczucia straconego czasu. I to właśnie w ten sposób staram się przeżywać te dni, których zwieńczeniem był weekend majowy – tak on również się załapał w tym podsumowaniu miesiąca, które znowu publikuję znacznie później niż zakładałam. Gdybym miała jednak znaleźć jedną rzecz, która była w tym miesiącu przełomowa to…

 

Była sobota, pierwszy majowy weekend i pierwsze naprawdę ciepłe dni w tym roku. Temperatury chyba pierwszy raz przekroczyły 20 stopni. Byłam akurat u teściowej w Żywcu. Wzięłam leżak, poszłam do ogrodu i postanowiłam dokończyć „Colette” - powieść, o której zresztą już kiedyś Wam pisałam. Zaczęłam ją czytać jakiś czas temu i mimo że byłam już naprawdę blisko końca, ciągle coś stawało po drodze. Wiecie, zawsze coś ważniejszego, pilniejszego. A później przychodził wieczór i zmęczenie robiło swoje. I wtedy wydarzyło się coś, czego naprawdę dawno nie czułam.

 

Siedząc w tym ogrodzie, tak mocno zanurzyłam się w tej historii, że kompletnie przestałam myśleć o wszystkim dookoła. Nie potrafiłam się od niej oderwać. Jakby wszystkie poboczne myśli nagle ucichły i została tylko ta powieść i ja. To było bardzo znajome uczucie. Kiedyś towarzyszyło mi właściwie przy każdej dobrej książce. Czytałam do późna, bo koniecznie musiałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy. Nie umiałam odłożyć historii „na jutro”. I teraz, po bardzo długim czasie, znowu to poczułam. W końcu. I nawet nie wiecie jak mnie to ucieszyło. Od długiego czasu próbowałam wrócić do regularnego czytania – zawsze to uwielbiałam, ale w ostatnim czasie przychodziło mi to z trudem. No ale dobrze – wystarczy już tych zwierzeń! Podsumowanie miesiąca czeka! :) Zatem rozsiądźcie się wygodnie i zaczynajmy! 

 

THE LOOK: LEATHER JACKET



kurtka // jacket – Reserved

golf i jeansy // turtle neck & jeans – H&M

buty // shoes – Adidas

torebka // bag - Zara

 

Skórzane kurtki i marynarki zdecydowanie wiodą prym tej wiosny. Właściwie trudno ich nie zauważyć - pojawiają się wszędzie, od wybiegów po codzienne stylizacje na ulicach. I chociaż trendy zazwyczaj traktuję z dosyć dużym dystansem, to akurat ten bardzo przypadł mi do gustu. Już w zeszłym roku przymierzałam się do zakupu. Wtedy jednak bardziej chodziła mi po głowie skórzana marynarka. Ostatecznie jednak zdecydowałam się na kurtkę w czarnym kolorze.

 

Spodobał mi się jej fason, krótsza długość i dość odważny, jak na mój raczej zachowawczy styl, charakter. Bo to nie jest rzecz, która „znika” w stylizacji. Ona jest widoczna, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie dominuje, tylko raczej idealnie dopełnia całość i to chyba jest powód, dla którego skóra wraca co jakiś czas jako trend. Projektanci od lat próbują ją reinterpretować - raz bardziej surowo, raz w wersji eleganckiej. W tym sezonie widać to szczególnie mocno: skórzane elementy przestają być „ciężkie” i zaczynają funkcjonować jako bardziej  uniwersalne.

 

Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że idealnie podkręca moje klasyczne stylizacje - jeansy, prosty top, coś bardzo bazowego. Ale jednocześnie, dzięki dość prostemu krojowi, świetnie dopasowuje się też do bardziej miękkich, kobiecych rzeczy. Zamierzam ją nosić do zwiewnych białych sukienek, długiej spódnicy, a nawet do rzeczy, które wcześniej wydawały mi się zbyt „lekkie”, żeby łączyć je ze skórą. A Ty masz w swojej szafie skórzaną kurtkę? Z czym najczęściej ją zestawiasz?

Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact