PHOTO DIARY
Uwielbiam ten moment przejścia. Po upalnym lecie nadchodząca jesień jest dla mnie jak powiew świeżego powietrza. Wracają mi moce, których na próżno było szukać pośród letnich dni. Łapię się na tym, że snuję plany o wiele większe, niż jesień jest w stanie pomieścić (albo może i by pomieściła, gdybym nie miała pracy, która zajmuje 17 godzin mojej doby :D), zwłaszcza w konfrontacji ze wszystkimi dodatkowymi zajęciami mojej córki. Uczę się więc tej nowej szkolnej rzeczywistości i żonglerki między obowiązkami a przyjemnościami, chociaż ten cały life balance wychodzi mi znacznie trudniej niż jeszcze rok temu. Powiedzcie proszę, że też tak macie!
Macierzyństwo nauczyło mnie jednak jednej rzeczy, która bardzo mi się w tym przydaje - odpuszczania. Dlatego szczególnie doceniam takie drobiazgi jak poranna mgła, która przywitała mnie któregoś wrześniowego poranka. Odpaliłam moją jesienną playlistę i z tym pięknym widokiem za oknem szykowałam śniadaniówkę dla mojej uczennicy. Później jeszcze przez pół drogi do szkoły zachwycałyśmy się nią razem. I chociaż może się to wydawać błahe, mam wrażenie, że im więcej przybywa nam obowiązków, tym łatwiej takie momenty przegapić. Kiedyś ktoś napisał mi tutaj na blogu, że jeśli wielkie szczęście odbyło się bez naszego udziału, trzeba poskładać je z małych szczęść. Powtarzałam te słowa później wiele razy, bo chyba żadne inne tak dobrze nie oddają mojego podejścia do życia.
Tyle że ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że pomiędzy pracą, szkołą, zajęciami dodatkowymi i całą resztą zwyczajnie brakuje mi na to przestrzeni. I chyba najbardziej wzrusza mnie to, że właśnie wtedy przypomina mi o tym moja córka. Bo przez te wszystkie lata obserwowała mnie na tyle uważnie, że sama przejęła ten sposób myślenia o naszej codzienności. Zauważyłam to ostatnio, kiedy po powrocie do domu włączyła moją ulubioną playlistę, „żeby nam było miło”. Albo kiedy zrobiłyśmy sobie wieczór filmowy z pierwszym filmem Nancy Meyers, jaki oglądała (tak, tak - staram się zarazić ją swoją miłością do jej twórczości), czyli „Nie wierzcie bliźniaczkom”, a ona oznajmiła mi, że najpierw zrobi nam „bazę”, żeby przyjemniej nam się oglądało. I wtedy dotarło do mnie, że te wszystkie drobiazgi, które przez lata były dla mnie tak ważne, nie zniknęły tylko dlatego, że ostatnio mam na nie trochę mniej czasu. Ona zdążyła je podpatrzeć. I teraz, trochę zupełnie nieświadomie, oddaje mi je z powrotem.
I chyba o tym najłatwiej mi czasem zapomnieć, kiedy wszystko dzieje się za szybko. Że te małe rzeczy wcale nie są mniej ważne tylko dlatego, że są zwyczajne. Zapraszam Was więc na moje wrześniowe podsumowanie. Tym razem przyda mi się ono równie mocno jak Wam - żeby jeszcze raz przyjrzeć się temu wszystkiemu, co wydarzyło się pomiędzy pracą, szkołą, zajęciami dodatkowymi i całą resztą wrześniowego zamieszania. Bo coś czuję, że było tam znacznie więcej dobrego, niż zdążyłam zauważyć na bieżąco. To co - zaczynamy? :)